o niedzieli bez psa i byciu dobrym

zima trwa w najlepsze, śnieg ma konsystencję mąki i się chce w niego zanurzać. więc gdy tylko można, kilkadziesiąt razy dziennie nurzam w nim nogi, jak palce w mące. czysta przyjemność.

ale teraz jest inna. nura leży na swojej połowie kanapy i grzeje mi nogi. słuchamy plejlisty ze spotifaja. ja piję ciepły kompot jabłkowy z goździkami, dojadam wegański jabłecznik karoli. nurka śni o bieganiu, a może o gonieniu, co raz przebiera łapami. takie zwyczajne niedzielne późne popołudnie mamy i bez myśli o przyszłości, o jutrze, o działaniach, o obowiązkach, tak najzwyczajniej sobie trwamy.

„marta, a jak się spędza niedzielę bez psa” – zapytałam przyjaciółkę, gdy stawiałyśmy dziś po południu pierwsze kroki po leśnym śniegu. no, bo co się wtedy robi?

nie ma się wtedy poranka, kiedy i czworonożna cudowność wie, że nie trzeba iść do pracy, a tym samym o jakiejś szalonej godzinie na spacer. (choć przyznam, że spacer w niedzielę po lesie o siódmej jest czystą przyjemnością. jest cisza i cały zwierzyniec dla nas. no czasem przebiegnie jakiś biegacz, pozdrowimy się porannym dobrego dnia. a czasem spotka się porannego psiarza, wymieni kilka uwag o pogodzie, a później skupi się uwagę na psach rozpracowujących rzeczywistość. tak spokojnie mija czas).

nie ma się też wtedy długiego niespiesznego spaceru pełnego nowych znajomości, pozdrowień na drodze, drobnych rozmów. albo też samotnego, skupionego na kontakcie z naturą i wsłuchiwania się w las. po takich spacerach późna poranna kawa i późne śniadanie jest prawdziwą przyjemnością.

nie ma się też wtedy popołudnia, kiedy spotyka się w lesie z przyjaciółmi, aby w niedzielne popołudniowe słońce spędzić na śniegu czas ze sobą i z psami wynajdując nowe ścieżki, które wszystkie mają nas zaprowadzić do domu. i zawsze okazują się najdłuższymi ścieżkami, że powrót do domu zaczyna być wyzwaniem. ale ścieżki prowadzą na łąki, gdzie można się tarzać całemu w śniegu. więc strach byłoby nimi nie chodzić.

i nie ma się też wtedy popołudniowego życia na kanapie z pyszczkiem położonym na kolanach do głaskania. z psią dupcią, co grzeje zmarznięte nogi. a wtedy oczy same się zamykają.

nie wiem, co się robi w niedzielę bez psa.

bo nawet jak bez swojego psa, to czasem niedzielę spędza się z innym psem. bo czasem niedziela to też randeczki ze schroniskowymi psami. czasem randeczka, a czasem fitness. zależy od nagromadzonej w psie energii. i wiadomo, że chciałoby się przygarnąć je wszystkie, mieć dom z wielkim ogrodem i leżąc na trawie spędzać z nimi czas. ale, gdy tego nie można, to z wielką przyjemnością zabieram (właściwie to nie ja zabieram, a marta albo natala albo kasia, a ja robię za towarzystwo)  na nurzanie łap w śniegu jak mąka. jedzą psie słodycze i się uśmiechają.

ma się wtedy niedzielę z dobrym uczynkiem. a to krok do bycia dobrym człowiekiem.

*  *  *  *

poza tym miesiąc bez foliówek też trwa w najlepsze. czasami zapomni mi się wziąć bawełnianą torbę i muszę kombinować przy kasie jak upchnąć wszystko w kieszenie kurtki i sposobem chwycić w dwie ręce. ale panie kasjerki nawet nie pospieszają, a jak mówię, że to miesięczne wyzwanie, to mi kibicują.

dobro wraca.

20170106_141652marta w pewną styczniową niedzielę

o niełatwym tygodniu, liczeniu w myślach i myślach o chlebie

minął tydzień bez zakupów w ogóle. nul. zero. żadnych odwiedzić w sklepie. można by powiedzieć w końcu, sprostałam zadaniu, zasługuję na medal. ale myśl inna zupełnie się nasuwa, jakaś chęć wewnętrzna, by w stanie bezzakupowym pozostać. (jednak tu pewien problem się pojawił – nurka nie ma obiadów, mi skończyły się jabłka i pestki do śniadania, a co najważniejsze – w miejscu pieczywa pustka, a bez kromki chleba, to jakby się nic w ciągu dnia nie jadło) (a jak się dzisiaj w sklepie okazało, to i na banana i na awokado chęć się pojawiła i na orzeszki do pochrupania, ale najbardziej to na chrupiącą skórkę od chleba żytniego z pss społem, niekrojonego)

i cały tydzień tak naprawdę wokół chleba się kręcił. dla porządku okres bezzakupowy obejmował czas od środy, 1 lutego do wtorku 7 dnia lutego.

łatwo nie było. pierwsza myśl, która pojawiła się wieczorem, dzień przed rozpoczęciem wyzwania, czy wystarczy mi jedzenia. więc w głowie powtórzyłam cały plan jedzeniowy. sprawdziłam czy na pewno jabłek jest tyle, co potrzeba. czy nury indyk zamrożony czeka. no i oczywiście czy wystarczy mi chleba.

i pojawił się strach. towarzyszył mi przez dwa pierwsze dni. wciąż sprawdzałam w myślach, czy na pewno wszystkiego wystarczy, a jak nie wystarczy, to czy w zapasach coś jest (ostatecznie mogłabym wyjadać zapasy kasz i makaronów z olejem i owsianek z dżemem). kiedy byłam już spokojna, że mam, co jeść, to pojawiał się drugi strach. a jak będę miała ochotę na coś, czego nie mam w domu? i wtedy przychodziły mi myśli o: frytkach, soku jabłkowym, multiwitaminie, winogronach.

dlatego też nie zaglądałam do sklepów żadnych, nie czytałam przepisów. nie prowokowałam myśli, a tym bardziej nie drażniłam kubków smakowych i żołądkach. w kreatywne rozwiązania kuchenne się bawiłam i nawet małą kolację przyjaciółkom zrobiłam, nawet chlebem (którego kromki co noc liczyłam) się podzieliłam.

oczywiście niewprawionej ręce do planowania niekupowania produktów zabrakło. najpierw zabrakło (wcale nie chleba), zabrakło ziemniaków – ziemniaków do kremu z buraków i do upieczenia na przyjacielską kolację (tu z pomocą przyszła niezastąpiona mama, która dowiedziawszy się, jakie eksperymenty prowadzę, powiedziała, że na głowę na dorosłe lata upadłam, ale ziemniaków mi da, choćby nawet miała tylko dwa, to jeden mi da – taka mama! więc ziemniaczków sześć w sumie było) a później wiedziałam, że skończy się mleko do kawy, nawet przez myśl mi przeszło, aby drugie podejście do własnego mleka owsianego zrobić (ale na samą myśl o niedobrym smaku co i smak kawy pogorszy, zrezygnowałam) (i wtedy przyjaciółka olga, co przejazdem z białymstoku była, z nieba spadła, przyszła na kolację i mleko owsiane wyciąga, kupne, dobre takie i radość do domu wraca. choć później na chwilę o nim zapomniałam i kawę czarną ochydkę wypiłam)

muszę przyznać, że był to też tydzień wspaniałych niespodzianek właśnie. ania do kina (które to zaplanowane od dawna było, a toni erdman strasznie śmiesznym filmem jest) przyniosła swój wypiek pięknie zawinięty, opisany, gdzie góra, gdzie dół, wstążeczką przewiązany. no wiadomo od razu, że w środku smakowitość się kryje. a ja nie mogę, po przecież całoroczne postanowienie to jeść słodycze tylko w weekendy. więc zapakowałam do lodówki i czekało zawiniątko do soboty, a jakże dusza się ucieszyła, gdy do sobotniej porannej kawy (wtedy było jeszcze mleko) wypiek wyjęło – a tam migdały, czekolada, kremik z mleka kokosowego zrobiony. palce lizać.

do tego doszło kilka propozycji obiadowych, jedna słodyczowa i zapytanie, czy głodem nie przymieram. wspaniale wiedzieć, że można na bliskich i dalekich polegać. tak mnie  to zbudowało. że z nurką nie zginiemy!

…i tak minął tydzień. ostatnie kromki chleba zjadłam wczoraj z dostaną papryką i awokado.  dziś pierwszy dzień zakupów. kupowałam bardzo racjonalnie. od początku miesiąca żadnej foliówki nie użyłam.

a z chlebem to był problem taki. był cały bochenek, czekał na środę rozpoczynającą niekupowanie od poniedziałku, ale w poniedziałek była zupa, a po zupie bez chleba to się ciągle jeść chce, więc do zupy była kromka. a we wtorek na zupę przyszła siostra, więc kolejne kromki. i tak na tydzień zostało pół bochenka. i te pół bochenka żyć mi nie dało. kolejna kromka do zupy w pracy była. a później pół kromeczki w domu, a jeszcze innego dnia była kolacja i kromki też były potrzebne. ale w niewyjaśniony sposób, kromek na wszystkie potrzeby starczyło. a dziś była kromka ze świeżą przypieczoną skórką…

16422588_10209632637230571_3255684569312949971_o

zawiniątko od ani

o tygodniu bez wydawania i miesiącu bez foliówek

jak piszą we wszystkich mądrych poradnikach i na wszystkich mądrych stronach – trzeba wychodzić ze strefy swojego komfortu, postawić się w sytuacji niecodziennej, wyznaczyć sobie zadanie, które innej uwagi będzie potrzebowało, które wręcz wyzwaniem będzie.

a ponieważ wypełnianie postanowień noworocznych wręcz książkowo idzie (zadziwia mnie to codziennie, że w rytm wypełniania zaplanowanych zadań weszłam i wcale się nie sprawdza, że można mieć tylko kilka postanowień, kilkanaście jednocześnie też daje radę), to postanowiłam swoją strefę komfortu nieco nagiąć, wygiąć i rozciągnąć, aby przyzwyczajeniem się stały nowe wyzwania.

naczytawszy się „mnieja” sapały i bloga oszczędnickiej postanowiłam pierwszy tydzień lutego bez zakupów zrobić. wręcz żadnego wydawania nie uprawiać! żadnego wchodzenia do sklepów w celu nabycia czegoś, owszem, żeby się przejść, popatrzeć, porównać ceny na przykład to i owszem, ale żeby wydać złotówkę, to już nie. oczywiście przygotowań do tygodnia bez kupowania było co niemiara, bo jak się okazało, trzeba zaplanować na cały tydzień, co się będzie jadło. logistykę całą przemyśleć i pojawił się strach, czy wystarczy czy głodem nie będzie trzeba przymierać w imię idei. ja, jak ja, zrobię głodówkę, ale co powiem nuri? i wtedy przyszło olśnienie! plan b wręcz – odwiedziny u rodzicieli albo innych dobrych dusz (drżyjcie przyjaciele!)! także spokojną mam już głowę. jabłka do owsianki przeliczone. pomidor do niedzielnej tofucznicy kupiony, bulion warzywny ugotowany i zamrożony, słodycze na weekend zachowane jeszcze bożonarodzeniowe, nurkowe ciasteczka czekają w słoiku. jedzeniowo jesteśmy zabezpieczone. książkowo też! filmowo też!  (w niewydawanie nie wlicza się tylko środowe wyjście do kina zaplanowane od dawna, na co złotówki zostały odłożone). towarzysko też poradzimy!

zostało tylko powiedzieć: buena suerte!

tydzień bez wydawania będzie dobrym wstępem do powiedzenia foliówkom stop! sama na to nie wpadłam. skorzystałam z fejsowej oferty dołączenia do wydarzenia „lutybezfoliówek”. wciąż mam na sumieniu foliówki mimo, że staram się ich wystrzegać – a to dam sobie zapakować bułeczkę, a to słodycz dla nurki. i tak się mnożą niechciane torebki, tzn. chciane, bo wykorzystywane podczas innych zakupów lub na nurkowe numery dwa (tu zapas jest potrzebny zawsze!) (owszem, mam dylemat czy lepiej foliówka, co się latami rozkłada, czy papierowa, żeby drzewo ścieli). foliówki w rozmiarze nieco większym, takie co w sklepach służą do zapakowania całych zakupów, służą do wysłania kosza na śmieci. zatem niemałym wyzwaniem będzie znalezienie innego sposobu jak zaradzić na śmieci.

znowu trzeba powiedzieć: buena suerte!

a na koniec się pomądrzę, bo przeczytałam kiedyś mądry artykuł w polityce o foliówkach właśnie. i autor zauważa w nim, że mało foliówki zużywamy, bo nadają się do użytku wielokrotnego. pokazuje wręcz, że są supermocne i wytrzymałe. zatem do dzieła, bo zaleje nas ocean toreb i plastiku:

„…na przykład meduzy zaczęły używać plastikowych toreb jako środków oceanicznego transportu, które unosząc się z prądem morskim, umożliwiają im bezpieczne przedostawanie się w inne odcinki oceanu. Biolodzy morscy uważają takie rozprzestrzenianie się meduz za zły znak, bo zjadają one wtedy plankton przeznaczony dla innych stworzeń morskich. Foliowe jednorazówki będą w przyszłości z oceanu trudne do usunięcia, choć nie stanowią jeszcze w wodzie tak dużego problemu, jak praktycznie nieusuwalne plastikowe drobinki. Te ostatnie, wielkości ziarenka piasku, nadal dodawane są do kosmetyków, które razem z kranówką spływają do dużych akwenów. Brakuje skutecznie działającego globalnego zakazu ich stosowania w przemyśle kosmetycznym” (fragm. artykułu). link do całego: http://bit.ly/2knviTe

 

o historii, która przez rodzinny stół nam się przewinęła

babcie janiny bardzo ukontentowane były, że z okazji ich święta, odbył się obiad rodziny. obiad tradycyjny: zupa, drugie danie i najważniejszy – jak zawsze – deser, do obiadu kompocik, kolka i likierek. a między talerzami i szklankami, rozmowy toczyliśmy różne o boleściach, chorobach i sprawunkach – babciowej mantrze codziennej.

ale wystarczyło pytanie krótkie „o babcie babć” i lawinowo posypały się wspomnienia wszelakie. przetoczyliśmy się przy rodzinnym stole przez kawał wielkiej historii, o czasy poniatowskich zahaczając, przez wojny biegnąc i przyhamowując na czasach powojennych.

im jestem starsza, tym więcej chcę wiedzieć, a babcie, jak na złość, pamiętają coraz mniej. ubolewam też, że nie mamy rodzinnej kroniki, w której kolejne pokolenia dopisywałyby swoją codzienność. albo chociaż, żeby był obowiązek robienia rodzinnych spisów, gdzie oprócz imion i dat, byłby kolor oczu, przepis na ulubioną potrawę i zajęcie.

bo teraz nie wiem, czy praprababcia florentyna, którą prapradziadek przed pierwszą wojną światową przywiózł z odessy na podlaską wieś, miała brązowy czy niebieski kolor oczu. no a inny prapradziad, co swoją śmierć przewidział i nie pozwolił nikomu o szóstej rano z chaty wychodzić, bo wtedy śmierć miała nadejść i nadeszła, czy taki jasny umysł miał także wcześniej?

a przy rodzinnym stole cuda się dzieją, bo co raz komuś coś pada i się wylewa, a to bije się szklanka, a to likierek wylewa się na obrus, jakby ktoś się do nas spieszył. dziś myślę, że to dziadkowie, którzy opuścili już ten padół ziemski, babcie czyniąc wdowami, o wspomnienia swoje się dopominali.

i babcie wspominają, a im wspomnienia bliższe, to i pokolenie rodziców włącza się w te opowieści (nawet kłótnia wynikła, bo czy babcia uczyć się musiała rosyjskiego, choć jak sama mówi, to nie, ale języka się uczyła jakiegoś i jedno zdanie pamięta, a mam w tym francuski rozpoznaje. i nie wiadomo, jak kłótnię zakończyć, kto ma rację – mama czy tato).

tak poznaję historię pradziadka, ojca dziadka i dziadka mojego taty, który z niewoli niemieckiej uciekł, a po wojnie woził swoim samochodem pasażerów na trasie białystok-wilno, a wóz pakę miał z dykty i raz najechał mój pradziad na wybój jakiś, a głowy pasażerów przez sufit wyszły, tułów i nogi w środku zostawiając.

śmiechu przy stole było mnóstwo. ale jak się okazuje, pradziadek najbliższym nie był miły, choć jak inna opowieść mówi – dziadek znalazłszy pozostawioną przez pasażera walizkę, a walizka pełna pieniędzy była, postanowił pradziad właściciela odnaleźć i znalazł, a właściciel swoją zgubę widząc miał powiedzieć do pradziada, że takie durnia, co taką zgubę odnosi, to jeszcze nie widział.

nie było mi dane zapamiętać pradziada, bo zmarło mu się nagle, przez sen, gdy małym dzieckiem byłam. a dzień to był jakiś letni – jak wspominają rodzice, pod namioty pojechaliśmy, gdy nagle przez radio, takie zwyczajne, którego na co dzień się słucha, wzywają po imieniu synów pradziadka do powrotu do miasta  z nagłych przyczyn rodzinnych.

więc moja historia ze zdjęć z tego letniego wyjazdu znana, nagle innego wymiaru nabiera, inną historię dokłada. bardziej skomplikowana się robię.

img_8036

 

 

 

 

 

 

 

 

ja jako dziadek rajmund, w prawdziwym dziadkowym garniturze, pozuję do weselnego zdjęcia z babcią janiną.

 

o ważnej wiadomości z końca świata, co nieoczekiwanie przyszła

zdarzają się czasem takie chwile, że serce szybciej bije. czasem, nie często, takie chwile, co wywracają do góry nogami rutynę, co są w-ogóle-nie-przychodzącym-do-głowy prezentem, co przez zaskoczenie chwytają i wciąż nie można w nie uwierzyć.

piątek wyglądał tak: ból głowy-spotkanie z antonim-ból głowy-głód-powrót do domu. nie wiadomo dlaczego autobusem nr 3 jechał kolega marcin, ten co zawsze jeździ nr 16, ja jeżdżę czymkolwiek, żeby bliżej domu. marcin na cześć pyta, czy odczytuję wiadomości w spamie. myślę, kurde, wysłał pewnie coś ważnego, a ja nie widzę, bo wcale nie mam włączonego ciągle internetu i nic nie wiem. łamiąc zasadę zero internetu w busie, sprawdzam, a tam….

…. wiadomość z końca świata. od pani ilony. nie byle jakiej pani ilony, bo wiśniewiskiej! i wiadomość z nie byle jakiego końca świata, bo z dalekiej północy! tak, wiadomość od ilony wiśniewskiej, co pisze książki o dalekiej północy! i jak tu nie kochać pani ilony, co pisze do swojej czytelniczki!

boże, myślę, koniec świata do mnie pisze. jezuśku, myślę, sama pani ilona do mnie pisze i już nawet nie wiem, co pisze, bo tu trzeba rozmowę z kolegą kontynuować (z kolegą? a może z dobrych duchem?), a myśli w głowie biegną, żeby już wysiąść, zostać samej i przeczytać wiadomość. więc jestem w tym busie, a jakby mnie nie było.

a teraz znam już na pamięć: „na dalekiej północy jeszcze miesiąc czekania na słońce, a niedawno do longyearbyen przyszła niedźwiedzica z dwoma małymi”. dalej jest o ilości śniegu, lodu i sztormie. jest dużo śniegu, dlatego w książce też jest dużo śniegu. jak to powiedziała zachęcona przeze mnie do czytania pan ilony przyjaciółka domka, za dużo tego śniegu i zimy. więc widzisz domka, że tam musi być dużo zimy, żeby niedźwiedzie miały co jeść, bo inaczej przychodzą do ludzi.

„białe” wciąż czytam. polscy polarnicy obchodzą święta.

tam pewnie zawsze chce się obchodzić święta i siedzieć przed kominkiem w grubych skarpetach. tutaj ciągle chodzę w grubych skarpetach i ciągle sznuruję i rozsznurowuję śniegowce. weekendy są najgorsze, jakby cały dzień składał się z zakładania i zdejmowania butów. zawsze myślę, jakby chuda (choć teraz wszyscy powtarzają, że gruba, więc i ja grubość dostrzegłam) nurka, co przy minus szesnastu okrutnie marznie w łapy, by tam sobie poradziła. no i czy nie pożarłby jej jakiś zwierz.

przygotowujemy się na nadejście kolejnej fali zimy i czekamy aż na dalekiej północy będzie większy lód, żeby niedźwiedzie miały co jeść.

wciąż sprawdzam, czy wiadomość z końca świata na pewno jest.

15823596_806979769439842_8107389203113888821_n

obrazek: kunomari http://www.kunomari.com